Zakładki:
;
|
wtorek, 15 maja 2012
Po targach
Weekend nam minął pod znakiem Targów Książki. D. była zachwycona i praktycznie wychodzić nie chciała. Najpierw dlatego, że idzie do pałacu. Sama nazwa "pałac" z całą pewnością stereotypowej trzylatce kojarzy się wspaniale więc gnała tam na skrzydłach:P Po drugie książki. Nie przeszkadzały jej tłumy o dziwo. Na każdym stoisku dla dzieci chciała przeglądać, czytać i oczywiście kupować. Kupiłyśmy parę sztuk do czytania, jeden audiobook i wielką księgę z zadaniami dla przedszkolaków. Myślałam, że wystarczy na długo, ale już połowa rozpracowana:) Poza tym widziałyśmy jak się robi papier czerpany i D. przyniosła na pamiątkę opis swojego imienia na takim papierze, teraz każe nam oprawiać i wieszać na ścianie. Trochę czasu spędziła w sali z zabawkami i kolorowankami. Posłuchała jak pewna aktorka ze znanego serialu czyta wierszyki dla dzieci. Jednak aktorce trochę nie szło, zacinała się, wierszyki traciły rytm i D. przyszła do mnie ze stwiedzeniem "mama lepiej czyta";PP Potem przysiadła z innymi dziećmi przy stoliczku z przyborami plastycznymi i stworzyła dwa dzieła sztuki. Stworzyłaby więcej gdyby jej dac taka możliwość bo nie chciała kończyć. Pewna bardzo znana osoba obserwując moje dziecko stwierdziła, że to prawdziwa dama:) Miałyśmy jeszcze poczekac na teatrzyk ale zmęczył mnie tłum i głód. D. nie zmęczyło nic i ciągle chciała więcej:) W sumie to nie wiem po co zarażałam ją tym bakcylem czytania - jakby dziecko nie lubiło książek to mniej pieniędzy by się nie nią wydawało, prawda?;) No, ale za późno. Bakcyl połknięty, na razie nieuleczalny:) A mały mól książkowy w swoim żywiole wyglądał tak:
piątek, 11 maja 2012
Spraw kilka
Pierwsza sprawa, która mnie ostatnio ruszyła i muszę Wam o tym napisać. Byłyśmy na teatrzyku dla dzieci na świeżym powietrzu. Przed przedstawieniem były zabawy i konkursy dla rodziców z dziećmi. Pani rozdaje nagrody, została jej jedna. Zastanawia się kogo wybrać i pyta głośno "może teraz nagrodzimy jakiegoś tatę?". Odpowiada jej chór dziecięcych głosików - "NIEEEE!". Pani zdziwiona mocno pyta po raz kolejny, dzieci odpowiadają tak samo. Zdziwienie na twarzy pani coraz większe. Zastanawia się głośno czemuż to tatusiowe popadli w taką niełaskę. Obok mnie dziewczynka lat około 4 mruczy pod nosem - "bo tatusiowe się w ogóle nie zajmują dziećmi" . Uderzyła mnie i ta reakcja dzieciaków i stwierdzenie dziewczynki. Następnego dnia przeczytałam statystyki, z których wynika, że nadal polski tatuś spędza z dzieckiem średnio krócej niż pół godziny dziennie i w czas ten są wliczone np. dowocy do szkoły czy przedszkola albo inne "obowiązki". To na zabawę czy po prostu bycie z dzieckiem ile zostaje? I pomyślałam sobie, że chyba żyję w jakimś innym świecie. Mój ojciec lat temu 30 siedział ze mna przez jakiś czas na urlopie. Mój mąż przesiedział z D. prawie pół roku przed jej pójściem do przedszkola a wcześniej też dzieliliśmy się zajęciami jak tylko się dało. W otoczeniu też mam mnóstwo tatusiów, którzy są nimi nie tylko z nazwy. Właściwie takich, którzy dzieci mają w poważaniu znam dwóch. Jeden odkrył, że ma córkę jak ona poszła do zerówki i gdy przyszło mu ją odebrać dziecko powitało go wielkim rykiem i nie chciało z nim wyjść z przedszkola żądając mamy. Drugi siedział z dzieckiem, kiedy mama musiała wychodzić do pracy ale było to tylko siedzenie. W tym czasie nie zmieniał pieluch, nie karmił, nie bawił się z dzieckiem, nie wychodził na spacery - tylko był. Na dziecka szczęscie czas ten przypadał głównie na drzemkę dzienną a mama pracowała na pół etatu i jakoś się wyrabiała ze wszystkim. Jak raz dziecko odmówiło spania tata spanikowany wzywał ją z pracy. Byłam pewna, że w dzisiejszych czasach takich tatusiów jest już mało, statystyki zdziwiły mnie bardzo. I bardzo się cieszę, że i ja i moje dziecko trafiłyśmy na ojców, którzy te statystki zawyżają. Druga sprawa z całkiem innej beczki. W Wawie zaczęły się Targi Książki. Wczoraj poszłam sobie służbowo "tylko się rozejrzeć". Wyszłam z trzema sztukami - wszystkie dla D. I jeszcze co najmniej kilka mam w głowie i walczę z myślami czy ogołocić portfel czy zdusić pokusę... W sobotę miałam w planie wybrać się tam z D. ale nie wiem czy nie powinnam się trzymać z daleka od tego miejsca:) Zwykle wystarczają mi biblioteki ale w tym przypadku pewnie moja silna wola okaże się za słaba... Zdecydowanie łatwiej jest mi się powstrzymać od zakupów ciuchowych. Chociaż w sumie jest coraz cieplej, jeść się tak nie chce - można by zaoszczędzić na jedzeniu i zainwestować w słowo pisane:)
poniedziałek, 07 maja 2012
Sprawozdanie
Witam Was po długiej przerwie. Czuję się jakby wróciła z wakacji:) Nie wszystko było tak jak w planach ale i tak wyszło bardzo fajnie. Atrakcji mieliśmy co niemiara. Do Kielc nie dotarliśmy, ten punkt przełożony z bardzo smutnego powodu niestety. Ale bilans generalnie i tak wychodzi na plus. Zatem krótkie streszczenie: - byliśmy w Bałtowie i oglądaliśmy tam przerózne zwierzątka żyjące: - jak i takie, które żyły dawno temu i były tak wielkie, że nie mieściły się w kadrze: - D. zaliczyła prawie wszystkie "kazurele" i pociągi na Wesołym Miasteczku, ale tu zdjęć nie mamy bo w tym "pędzie" trudno nam było coś uwiecznić;); - oczywiście jak to na długi weekend przystało grillowaliśmy i pletliśmy wiosenne wianki. A właściwie babcia to robiła bo ja - przyznaję się ze wstydem - nie posiadłam dotąd tej umiejętności: - D. grała w kręgle z młodszą koleżanką Tosią i starszym kolegą Jurkiem (starszym nawet ode mnie ale cóż znaczy metryka przy takim porozumieniu dusz;); - spacerowaliśmy po lasach i parkach wszelakich; - płynęliśmy statkiem; - korzystaliśmy ze wszystkiego co się dało na festynie i oglądałyśmy dwa teatrzyki dla dzieci; - zjedliśmy niezliczoną ilość lodów i zjaraliśmy sobie odkryte części ciała. I - proszę państwa nastąpiła historyczna chwila - Dziabąg pokochał huśtawki. Może dla Was to nic ale w Naszej rodzinie to wielkie wydarzenie:) Do te pory D. stroniła od huśtawek i byliśmy pewnie, że to się raczej nie zmieni. A tu niespodzianka: Dziś D. z wielką radością wstała raniutko i popędziła do przedszkola. Ja natomiast ze znacznie mniejszym entuzjazmem powlokłam się do pracy:) Ale juz planuję kolejne majowe atrakcje i to mi pomaga przetrwać:) Jeszcze na koniec dialog z dzisiejszego poranka: jak zwykle popędzam D. żeby ją odstawic do przedszkola i jakims cudem zdążyć potem do pracy. Humor mam średni i trochę gderam. Po kolejnym napomnieniu moje dziecko klepie mnie po plecach i stwierdza: "mamo, nie stresuj się tak, wszystko mam pod kontrolą"...;) I chyba mówiła prawdę bo wszędzie byłyśmy na czas:)
czwartek, 26 kwietnia 2012
Przed weekendem
Już żyję długim weekendem. Ciało jeszcze w pracy ale umysł błądzi w różnych rejonach. Do tego ta pogoda sprawia, że chce mi się bardzo wiele, czuję przypływ chęci i sił ale zdecydowanie nie daje mi energii do pracy:) Czekam na sobotę. Wsiadamy wtedy w samochód i wyjeżdżamy w moje rodzinne strony. Mamy zamiar: urwać się do kina, zaliczyć rodzinnego grilla, pojechać do skansenu w Tokarni, pochodzić po Kielcach i odwiedzić całą tam mieszkającą rodzinę, wejść na Święty Krzyż i wpaść do dinozaurów w Bałtowie. Oczywiście nie wszystko jednego dnia:) Prognozy pogody na razie mówią mi, że plany mają wielkie szanse zostać zrealizowane:) Tylko chyba się musimy z D. zaopatrzyć w sandałki - D. bo ze starych oczywiście wyrosła, ja bo tak:P Poza tym w sobotę jest wielki dzień. Nasza piąta rocznica ślubu. Podobno nazywa sie drewniana co zdecydowanie nie brzmi dumnie;) Jednak wbrew nazwie jesteśmy dumni, że dotrwaliśmy bo na początku było burzowo. Teraz za to spokój, żeby nie rzec - nuda;) Kiedyś, jak byłam młodsza pewnie by mnie to drażniło, teraz spokój i pewność mi całkowiecie odpowiada. Bardzo dobrze jest. Może nawet z tej okazji uda nam się poświętować trochę w jakimś pokoju hotelowym jak odstawimy dziecię dziadkom:) A z innych, zupełnie przyziemnych spraw to zaskakuje mnie ostatnio samodzielność mojego dziecka. Np. przedwczoraj. Zwykle, rano D. ubieram ja bo wtedy liczy się każda minuta. W weekendy D. uczyła się samodzielności i dotąd potrafiła całkiem dużo ale pewne sztuki garderoby jednak sprawiały neico trudności i generowały bunt. Nie wspominając o tym ile czasu schodziło na zwykłe ubranie się. Jakież więc było moje zdziwienie gdy ostatnio przygotowałam D. ubranie, zostawiłam ją "dochodzącą do stanu przytomności" i poszłam do łazienki. Gdy wróciłam (po jakiś 5 minutach) zastałam moje dziecię ubrane od stóp do głów, łącznie z rajstopami. Szczęka mi opadła głownie ze względu na czas i na rajstopy, które dotąd stawiały największy opór. Aż się zaczynam zastanawiać czy oni czasem w przedszkolu nie mają jakiś ćwiczeń z ubierania się:) To by było na tyle. Na razie się żegnam na jakiś czas. Życzę Wam miłego długiego weekendu i do poczytania po powrocie do codzienności:)
piątek, 20 kwietnia 2012
Empatyczne dziecko.
Kilka dni temu, gdy odbierałam D. z przedszkola zaczepiła mnie mama koleżaki Dziabąga - P. P. dołączyła do grupy później, chyba jakoś w grudniu. Na początku było jej trudno - nie dość, że nowa sytuacja i odłączenie od mamy to jeszcze grupa już dość zgrana. P. się zaaklimatyzowała w końcu i - jak się dowiedziałam - wielka w tym była zasługa D. Bowiem okazało się, że moje dziecko okazało mnóstwo empatii i życzliwości - pocieszała płaczącą P., przytulała, tłumaczyła, że "wszystko dobrze i mama po nią przyjdzie" i ciągle niezmordowanie zapraszała do zabawy. W końcu dziewczynki się zaprzyjaźniły i P. pokochała przedszkole. Usłyszałam, że mam super dziecko - no ba, to ja wiem od zawsze:) I bardzo miło jest mi słuchać takich opinii i opowieści, oczywiście spuchłam z dumy i musiałam się Wam pochwalić:) Z innej beczki - D. jest coraz bardziej zainteresowana swoim ciałem i tematem "skąd się biorą dzieci". Na szczęście na razie przyjęła do wiadomości, że była u mnie w brzuszku i jak dotąd nie pyta skąd się tam wzięła, szczegóły ją nie interesują:) Cieszy mnie to bo choć mi się wydawało, że taka jestem wyluzowana i nie ma dla mnie tematów tabu to jednak, o dziwo trochę mnie temat zestresował:P Teraz D. poznaje swoje ciało. Najbardziej fascynują ją piersi i ciągle pyta, kiedy jej urosną takie jak moje. A wczoraj w autobusie odryła, że ma na buzi jakąś krostkę, jakby ślac po ukąszeniu. Obejrzała się w lusterku (lusterko i krem moje dziecię ma zawsze w torebce;) i całkiem stwierdziła: "ooo, to wygląda zupełnie jak sutek". Parsknęłam śmiechem, sama bym na takie porównanie nie wpadła. Natomiast starsza pani obok pokiwała głową z jawną dezaprobatą i mruknęła, że "ładnie dziecko uczę". Czyżby 3- latki nie powinny znać słow takich jak "sutek"?
wtorek, 17 kwietnia 2012
W skrócie
Weekend był intensywny i towarzyski. Spotkania z ludźmi, place zabaw, spacery i dotlenianie się. W niedzielę natomiast rodzinne spotkanie z okazji dzisiejszych imienin R. Jak to zwykle w tych okolicznościach bywa cofnęliśmy się o parę lat, skakaliśmy z dzieciakami po kanapie, wygłupialiśmy a ukoronowaniem dnia była wielka bitwa na... papier toaletowy:) Jakoś tak to się dzieje, że zwykle na tych spotkaniach granice dorośli - dzieci stają się nieco płynne;) Czy ktos też tak ma czy tylko my tacy zdziecinniali?:) Na razie D. jest tym zachwycona, ciekawe kiedy zacznie się wstydzić;P Poza tym objadłam się tak, że jeszcze wczoraj ledwo się doturlałam do pracy. A w lodówce nadal pełno smakołyków i ta świadomość jest bardzo męcząca:) Nie wiadomo jak to skonsumowac żeby nic się nie popsuło i żeby jakimś cudem nie trzeba było zaraz przechodzić na dietę. Generalnie bardzo miło było. D. znów w super komitywie z kuzynem O. Przytulali się dużo i każde takie zbliżenie D. komentowała - ooo, jak mąz i żona:) W ogóle ma fioła na punkcie ślubów i wesel. Jakiś czas temu obejrzała naszą płytę z wesela i od tamtej pory woli ją od wszystkich bajek. Ciągle prosi o jeszcze, wpatruje się jak zahipnotyzowana. I bardzo żałuje, że jej tam nie było:) Tylko wciąż nie może zrozumieć jak to możliwe, że tam nie dotarła i ma do nas żal - fakt, że jeszcze w ogóle jej nie było na razie się nie mieści w jej główce:) A my oglądamy mimochodem tę płytę razem z nią, wspominamy i odradzają się w nas ciepłe uczucia:) W przyszłym tygodniu mamy piątą rocznicę tego wydarzenia - nie wiem kiedy to zleciało i jak to się stało, że niedość, że się jeszcze nie rowiedliśmy to jest z każdym rokiem lepiej:) To by było na tyle. Poza tym za oknem znów piękna wiosna i żyć się chce. Tzn. na razie to wciąż głównie mi się chce spać ale jak już kiedyś w końcu mi to przesilenie przestanie się dawać we znaki i się wyśpię to na pewno odżyję:)
środa, 11 kwietnia 2012
Sprawozdanie
Jak zwykle po dniach wolnych moje myśli błąkają się chaotycznie a ciało domaga się snu. Trudno mi się skupić i na pracy i na wpisie. Zatem dziś krótkie sprawozdanie z ostatnich dni okraszone zdjęciami. W piatek pojechałyśmy z D. do moich rodziców. W drodze miałam wątpliwości czy na pewno jadę na Wielkanoc bo złapała nas śnieżyca. Dobrze, że jeszcze miałam zimowe opony. Dojechałyśmy na szczęście bezpiecznie. D. od progu wzięła babcie za rękę i już nie opuszczała na krok aż do poniedziałku:) Żeby mozna było zrobić w domu cos pozytecznego trzeba było też dziecku dac jakąś robotę. Najpierw więc Dziabąg malował jajka w wielkim skupieniu: Potem przystrajała koszyczek i ładowała do niego co tylko się dało. Gdyby nie moja interwencja zostałyby poświęcone nie tylko pokarmy ale także kucyki Pony, spinki do włosów i jedna mała goła syrenka;) Następnie D. obierała tuziny jajek i robiła sałatkę: A że pracowite mam dziecko to pózniej obrała jakies półtora kilograma pieczarek i domagała się jeszcze;) W niedzielę zastawiła i udekorowała stół i zostało jej tylko czekać na gości: Z tego całego przepracowania zamieniła się w żarłoka w niejadka. Przez cztrery dni zjadła chyba mniej niż normalnie zjada w jeden dzień. Może się też do tego przyczynił jakiś wirus bo teraz doszedł nam ból gardła i lekki katar. I tak to lepsze niż grypa żołądkowa, którą mieliśmy wszyscy w zeszłym roku o tej porze;) Jeszcze parę słów o sprawie, za którą trzymaliście kciuki - do pracy nie przyjęto nikogo. Szkolili ludzi przez tydzień i maglowali na wszystkie strony ale pracy nie dostał nikt... Zupełnie tego nie rozumiem. A R. i reszta wściekli, że tracili czas. Na koniec - dzisiejszy wyczyn mojego męża. Odprowadzał rano D. do przedszkola. Wyszłam przed nimi i napisałam mu smsa, że ciepło i zeby jej zamienił płaszcz na kurteczkę. I owszem, zamienił płaszcz na kurtkę - zimową... Słowo "ciepło" zupełnie mu w tym nie przeszkodziło. Trochę mu nie pasowało wiosenne obuwie do tej kurtki ale do myślenia nie dało... Tym oto sposobem moje dziecię poszło dziś ubrane tak jak chodziła w czasie mrozów - mam nadzieję, że pani w przedszkolu się zorientuje i przy spacerze chociaż jej bluzy nie założy. Widac na przyszłość muszę określać i przygotowywać absolutnie każdą sztukę odzieży:) P.S. Do Fiiki - nie odbierałam poczty jakis czas i mi się kluczyk unieważnił:( Jesli mozna to bardzo proszę o ponowne przesłanie.
środa, 04 kwietnia 2012
Okruszki
Zbieram i rozdaję też w miarę możliwości. I obserwuję uważnie. Okruszki dobra. Usmiech wymieniony z kimś nieznajomym, ustąpienie miejsca, skasowanie biletu w tłoku, poniesienie zakupów, przytrzymanie drzwi, zwrócenie pieniędzy, które się nie należą, uprzejme słowo zamiast grymasu i warczenia. Te i inne przejawy dobra, które możemy zaobserwować codziennie, w zwykłym nudnym życiu. Mój mąż mówi - normalka. I pewnie tak, powinna to być normalkaale nie zawsze jest. Zatem burzę się przeciwko patrzeniu na to jako na coś, niewartego uwagi. I lubię te okruszki wyłuskiwać, zauważać, rozdawać. No i odbieram też chętnie. Kilka takich małych okruszków potrafi sprawić, że dzień staje się lepszy i na świat od razu patrzy się inaczej. Cieszy mnie niezmiennie, że D. też rozdaje mnóstwo. I widzi i docenia, daleko jej do podejścia, że jej się należy choć w sumie miałaby prawo do niego - przynajmniej na razie. Magiczne słowa to dla mojego dziecka właśnie normalka, w środkach komunikacji miejskiej sama ładuje mi się na kolana jak widzi, że miejsce potrzebne komuś innemu albo wstaje. Sama mi zwraca uwagę, że za nami starsza pani o lasce, żeby jej przytrzymać drzwi i windę. Dzieli się wszystkim albo oddaje mi swojego wafla jak słyszy, że w pracy nie dają jedzenia - "bo ja zjem w przedszkolu a Ty mamusiu będziesz głodna". Zauważa innych ludzi i ich potrzeby, nie wiem czy to wychowanie czy charakter ale jest super:) Może nam się uda tego nie zepsuć:) A wpis wziąl się stad, że dziś w autobusie jednej pani ustąpiono miejsca. Ta usiadła, nie podziękowała, za to zaczęła marudzic na pół autobusu jacy to ludzie dziś wredni, nieuprzejmi, podli itp. Zatem zgłaszam sprzeciw - ja widzę cos zupełnie innego - tyle, że to tez trzeba chcieć zobaczyć. Z okazji nadchodzących Świąt życzę Wam jak najwięcej takich okruszków dookoła. A poza tym tradycyjnie - smacznego (i nie tak drogiego;) jajka, ciepłej atmosfery, spokoju, radości i miłości. Już teraz życzenia bo niebawem zmykamy ze stolicy i jedziemy do babci malowac pisanki i piec ciasta:) Dziabąg przyłącza się do życzeń: P.S. A dla siebie jesli można poproszę Was o trzymanie kciuków za mojego męża. Głównie w piątkowe przedpołudnie. R. jest w trakcie trudnej rekruacji do wymarzonej pracy. Konkurencja niezła więc szczęscie się przyda, a wiem, że dobra energia od Was wiele może zdziałać:)
poniedziałek, 02 kwietnia 2012
Łamaczka serc
Jak już pewnie pisałam D. ma w przedszkolu sympatię. Widziałam uwiecznione na zdjęciu całkiem poważne pocałunki. Poza tym ciągle D. o nim opowiada a tata absztyfikanta twierdzi, że i D. jest ciągłe obecna w myślach i mowie małego M. Wszystko byłoby pięknie, gdyby nie fakt, że jest to już drugi "chłopak" mojego dziecka. Pierwszy był K. I oto parę dni temu w szatni przedszkolnej taka scenka - K. się ubiera z tatą, po chwili przybiega do mnie Dziabąg. K. przestaje się ubierać, wpatruje się w moją córę i z westchnieniem mówi "ooo, moja Dominisia". Na co moje dziecko odpowiada - do mnie, ale tak, że słyszą wszyscy dookoła - "ale ja już przecież wolę M.". Tata K. kwituję to śmiechem i pouczeniem "ucz się synu jakie są kobiety..." K. tez się śmieje, w tym wieku jednak chyba takie ciosy przyjmuje się łatwiej:) Parę dni później znów K. się ubiera, przybiega D. Rozdrażniona bo według niej za wcześnie przyszłam, czegoś nie zdążyła i w związku z tym otwarcie okazuje swoje niezadowolenie. K. przygląda się D. i pyta taty "czemu Dominisia jest smutna?" Tata oczywiście nie wie ale K. to nie zraża i stwierdza, że ją pocieszy. Przestaje się zatem ubierać i zaczyna się wygłupiać i popisywać. Sposób działa bo D. już po chwili przestaje być markotna i najpierw obserwuje K. z uśmiechem a potem do niego dołącza i brykają oboje. Po pewnym czasie z wielkim trudem w końcu udaje nam się spacyfikować dzieci i opuścić przedszkole. W drodze do domu podpytuję D., że jednak dalej lubi K. Na co ona stwierdza: "K. może być no i przecież dziś nie było M. Ale jak jest M. to ja wolę M. bo on się ze mną bawi i jak ja jestem Kopciuszkiem i mu każe być księciem albo woźnicą (!) to on mnie słucha. A K. mnie nie słucha tylko czasem woli się bawić z chłopakami tymi głupimi samochodami". Wniosek - do serca mojego dziecka trafia się przez posłuszeństwo:) Jak widać w tym wieku pantoflarze górą - mam nadzieję, że to nie wpływ wzorców domowych;P Ciekawe kiedy jej się to zmieni? A może nigdy?;P
wtorek, 27 marca 2012
Matka wyklęta
Zmiana czasu daje mi się we znaki - jak nigdy. Przesilenie wiosenne też - jak zawsze. W związku z tym chodzę nie do końca przytomna i ochotę na kreatywne zabawy z dzieckiem mam mniejszą niż kiedykolwiek, no tak szczerze to żadną. Wczoraj wieczorem D. skończyła się cierpliwość. Na moją odmowę zmarszczyła brwi i rzuciła na mnie klątwę: "nie to nie, ja sobie zbuduję zamek ( z poduszek), będę w nim mieszkać z tatą a Ty zła macocho będziesz chodzić w starych szmatach, całkiem sama i nikt Cie nie zechce..." - to się doigrałam...;P W sumie z tymi starymi szmatami to już wykrakała, chyba się na zakupy wiosenne musze wybrać żeby klątwę odwrócić;) Na razie czekam na zamówioną sukienkę w kolorze bladego różu - zaraziłam się od dziecka:) W ogóle mam fazę na spódnice i sukienki. To tylko ja tala czy po trzydziestce to normalne?;) I rozglądam się za kolorowymi butami. Jak się dziecku spodobam to może wrócę do łask:P | |||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||